Drodzy Absolwenci „Szkoły na Górce”!

Minęło już prawie 90 lat, odkąd pierwsi uczniowie zasiedli w szkolnych ławach Naszej Szkoły. To szacowny wiek. Jest nas już kilka tysięcy.

Różnie potoczyły się Wasze losy, ale wszyscy w jakimś okresie swojego życia pokonywaliście drogę na górkę, zawarliście tutaj przyjaźnie, macie wspólne szkolne wspomnienia (te dobre i te mniej).

Jeżeli jesteś Absolwentem lub ktoś z Twoich bliskich uczył się w naszej szkole, prosimy o zamieszczenie krótkiego wpisu poniżej.

Podziel się z nami informacją, co u Ciebie słychać? Jak potoczyły się Twoje losy? Może chcesz przywołać swoje wspomnienia…?  A może ktoś z Twoich bliskich jest sympatykiem „Szkoły na Górce”? Gorąco zapraszamy wszystkich chętnych do wyrażania swoich refleksji, bo to właśnie Wy tworzycie historię tej szkoły.

Jeśli to możliwe prosimy o podanie roku ukończenia szkoły.

Dodaj nowy wpis

 
 
 
 
 
 
Pola oznaczone * są wymagane.

Możliwe, że Twój wpis będzie widoczny w księdze gości dopiero po tym, jak go przejrzymy.
Zastrzegamy sobie prawo do edytowania, usuwania lub niepublikowania wpisów.
Joanna Kuś (Stolorz). Rok ukończenia szkoły: 1947 Joanna Kuś (Stolorz). Rok ukończenia szkoły: 1947 z Imielin napisał/a 5 stycznia 2026 o 10:15
Pierwsze spotkanie z „moją szkołą” było, kiedy miałam 4 lata – a był to dzień „poświęcenia” (otwarcia) szkoły. Pamiętam tylko tłum ludzi, jakieś przemówienia i śpiew chóru „Sokół”. Rok później, w 1937 r. zapisała mnie moja mama do „ochronki” (przedszkola), gdzie uczęszczałam wraz z koleżankami z sąsiedztwa przez okres jednego roku szkolnego. Byłyśmy w grupie dzieci starszych, które prowadziła pani Zofia Petri (Giżowa). „Nasza pani” była dla nas kimś wyjątkowym – potrafiła nas maluchów, poza zabawą, wiele pożytecznych czynności nauczyć np. wyszywania serwetek, co mnie pięciolatce nie wychodziło, ale moja o rok starsze koleżanki robiły to doskonale. Ochronka mieściła się suterenie budynku szkolnego. Dzieci były podzielone na dwie grupy – młodszą grupę prowadziła pani Ernestyna Bierska (Gierlotkowa), a starszą pani Zofia Petri (Giża). Każda grupa miała po jednym pomieszczeniu na zajęcia i zabawy, szatnię oraz jadalnię. Każde dziecko miało swoje miejsce w szatni oznaczone znaczkiem (kwiatek, kotek itp.), gdzie po przybyciu do ochronki zawieszało się swój płaszczyk, zamieniając go na obowiązujący niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem oraz buty na kapcie, które znajdowały się w woreczku z wyszytym znaczkiem. Śniadanie jedliśmy w jadalni, dokąd pani Długajczykowa (żona woźnego) przynosiła kosz słodkich bułek i gar „kakałszali” (łuski kakaowe z mlekiem). Każde dziecko miało swój garnuszek oraz serwetkę z białego płótna z wyszytym swoim znaczkiem. Dzieci z ochronki, albo jak u nas mówiono „ze szkółki”, brały też czynny udział w przedstawieniach z okazji uroczystości szkolnych. Mnie osobiście utkwił w pamięci mój występ w czasie zabawy karnawałowej dla dzieci w ochronce , na którą to zabawę zostali zaproszeni nasi rodzice. Tańczyłam wtedy z kolegą Wiktorem Czambergiem taniec „lalka i pajac”. Taniec kończył się pocałunkiem lalki i pajaca. Byłam tym tak oburzona, że poskarżyłam się mojej mamie, że: „ ja chcę tańczyć, ale całować się z chłopakami nie będę”. Interwencja mamy poskutkowała – taniec zakończył... Dowiedz się więcej
Pierwsze spotkanie z „moją szkołą” było, kiedy miałam 4 lata – a był to dzień „poświęcenia” (otwarcia) szkoły. Pamiętam tylko tłum ludzi, jakieś przemówienia i śpiew chóru „Sokół”.
Rok później, w 1937 r. zapisała mnie moja mama do „ochronki” (przedszkola), gdzie uczęszczałam wraz z koleżankami z sąsiedztwa przez okres jednego roku szkolnego. Byłyśmy w grupie dzieci starszych, które prowadziła pani Zofia Petri (Giżowa). „Nasza pani” była dla nas kimś wyjątkowym – potrafiła nas maluchów, poza zabawą, wiele pożytecznych czynności nauczyć np. wyszywania serwetek, co mnie pięciolatce nie wychodziło, ale moja o rok starsze koleżanki robiły to doskonale.
Ochronka mieściła się suterenie budynku szkolnego. Dzieci były podzielone na dwie grupy – młodszą grupę prowadziła pani Ernestyna Bierska (Gierlotkowa), a starszą pani Zofia Petri (Giża). Każda grupa miała po jednym pomieszczeniu na zajęcia i zabawy, szatnię oraz jadalnię. Każde dziecko miało swoje miejsce w szatni oznaczone znaczkiem (kwiatek, kotek itp.), gdzie po przybyciu do ochronki zawieszało się swój płaszczyk, zamieniając go na obowiązujący niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem oraz buty na kapcie, które znajdowały się w woreczku z wyszytym znaczkiem. Śniadanie jedliśmy w jadalni, dokąd pani Długajczykowa (żona woźnego) przynosiła kosz słodkich bułek i gar „kakałszali” (łuski kakaowe z mlekiem). Każde dziecko miało swój garnuszek oraz serwetkę z białego płótna z wyszytym swoim znaczkiem. Dzieci z ochronki, albo jak u nas mówiono „ze szkółki”, brały też czynny udział w przedstawieniach z okazji uroczystości szkolnych. Mnie osobiście utkwił w pamięci mój występ w czasie zabawy karnawałowej dla dzieci w ochronce , na którą to zabawę zostali zaproszeni nasi rodzice. Tańczyłam wtedy z kolegą Wiktorem Czambergiem taniec „lalka i pajac”. Taniec kończył się pocałunkiem lalki i pajaca. Byłam tym tak oburzona, że poskarżyłam się mojej mamie, że: „ ja chcę tańczyć, ale całować się z chłopakami nie będę”. Interwencja mamy poskutkowała – taniec zakończył się „pocałunkiem na odległość”.
Miłe wspomnienia moich lat przedszkolnych zamieniły się na smutne przeżycia z większości lat szkolnych. Należę bowiem do najbardziej poszkodowanego rocznika w dziejach szkoły.
Był sierpień 1939 r. – radosny niepokój przyszłej pierwszoklasistki czekającej na rozpoczęcie nauki w pięknej, nowej szkole. Na uroczyste rozpoczęcie I roku szkolnego czekała już piękna, skórzana teczka (nie tornister), a w niej tabliczka z gąbką i rysikiem - na próżno! 1 września – radość z rozpoczęcia nauki zastąpił strach i niepewność tułaczki wojennej , widok mężczyzn prowadzonych na rozstrzelanie, który do końca życia zostaje w pamięci. Przybyli obcy ludzie, których mowy nie rozumiałam.
W końcu przyszedł czas na rozpoczęcie nauki, lecz w języku niemieckim. Nie pamiętam, który to był miesiąc, ale na pewno była to zima (styczeń, luty), kiedy przyszłam z lękiem, po raz pierwszy do tzw. I klasy szkoły żeńskiej, a właściwie to do przedszkola, w którym uczono nas pierwszych wyrazów niemieckich i piosenek śpiewanych po niemiecku, a uczyły tego „panie” w wielu lat 16 -tu – Imielanki, których nazwisk nie znałam. Trwało to jakiś czas, zanim rozpoczęła się właściwa nauka w I klasie, z prawdziwą nauczycielką, starszą panią, o nazwisku Grosch. Była ona dla nas nawet dosyć miła i za każdy zapamiętany, nowo nauczony wyraz niemiecki obdarowywała obrazkami (naklejkami). Może w klasie trzeciej, nie pamiętam dokładnie, dostałyśmy nową, młodą nauczycielkę o przekonaniu faszystowskim, panią Teklę Klein z Kolonii, której celem było zrobić z nas „prawdziwe niemieckie dziewczęta oddane „Führer’owi” – nauka liczyła się mniej. Była to „prawa ręka” kierownika szkoły pana Herbsta – fanatycznego faszysty – i donosiła mu o nieobecności każdej uczennicy, która nie przychodziła na obowiązkowe zebrania „Jungmädel – Heim”, za co groziła kara cielesna. Chyba w piątek klasie uczyła nas młoda nauczycielka pani Edelmann, której zależało na tym, żebyśmy zdobyły jak najwięcej wiedzy z różnych dziedzin nauki, a nie tylko z niemieckiego i matematyki – tak, jak to uznawały inne nauczycielki wraz z kierownikiem szkoły.
O tej jedynej nauczycielce mam bardzo miłe wspomnienia. Ta jedna, choć rodowita Niemka nie miała w sobie niemieckiej buty i traktowała nas jak bliskie sobie osoby. Jej to zawdzięczam jedyne miłe wspomnienia z okresu okupacji niemieckiej, kiedy w ukryciu przed innymi nauczycielkami, a zwłaszcza przed kierownikiem szkoły Herbstem, śpiewała z nami „zakazane” kolędy w czasie adwentowym, a tuż przed Świętami Bożego Narodzenia urządziła wieczór kolęd stawiając na straży przed drzwiami klasy, którąś z dziewcząt. Ta miła pani nie zabawiła długo w naszej szkole, nie podobała się pewnie panu Herbstowi, była za dobra, a w dodatku wierząca – musiała więc odejść.
Najgorsze wspomnienia mam z klasy VI tj. z roku szkolnego 1944/45. Klasę VI i VII połączoną w jednym pomieszczeniu (klasie), obowiązkowo z oknami z widokiem na kościół, uczył kierownik szkoły pan Herbst, istne wcielenie zła i nienawiści do własnych uczennic, wiary, ludzi innych narodowości niż „ rasa niemiecka”. To nie była nauka – to był koszmar!. Mowa polska była surowo zabroniona, lecz my rozmawiałyśmy między sobą w gwarze śląskiej, uważając na niektóre z uczennic, które mogły zrobić donos – ale takich było mało. Wracając do wspomnień z klasy VI, muszę dodać, że pan Herbst traktował nas nie jako uczennice, bo tworzył system obozu koncentracyjnego w „swojej” klasie. Uczennice były podzielone na trzy rzędy: „rząd dobry”, „rząd średni” i „ośli rząd”.
Z nauką było różnie, w zależności od ilości nauczycieli. Na początku (1940 r.) zajęcia odbywały się 3 razy w tygodniu, po 2 godziny lekcyjne, w następnych latach, 4-6 dni w tygodniu, a pod koniec wojny, w lecie i w jesieni, 1944 r. znowu mniej, lecz za to musiałyśmy iść kopać wzdłuż Przemszy rowy przeciwpancerne i okopy dla strzelców – oczywiście pod nadzorem pana Herbsta. W styczniu 1945 r. , kiedy front był już blisko, brałyśmy udział w opróżnianiu klas z ławek , które nosiłyśmy na podwórko starej szkoły, bowiem nowa szkoła była wyznaczona na szpital wojskowy. Radość, że wracają „nasi” była zmącona strachem, cicho przekazywanej wiadomości, że dzieci szkolne będą wywożona w głąb Niemiec. Na szczęście okazało się to tylko plotką, a może brak czasu, ze względu na szybko posuwający się na zachód front wschodni, nie sprzyjał Niemcom temu pomysłowi.
Moja „nowa szkoła” weszła teraz w najgorszy okres dewastacji. Najpierw polowy szpital niemiecki, a po wkroczeniu wojsk radzieckich do Imielina (26 – 28 stycznia) szpital wojsk radzieckich.
Od uroczystego otwarcia do wybuchu II wojny światowej szkoła żeńska była wzorem szkół pod względem czystości i piękna. Wystrój klas (piękne ławki, przesuwane 2 – częściowe tablice), przestronne korytarze z kranami wody pitnej, biało wykafelkowane pomieszczenia umywalni i ubikacji, przestronne szatnie, piękne wejście główne, z którego na prawo w dół prowadziły schody do Sali gimnastycznych i łaźni dla uczennic. Potem nastał wspomniany okres dewastacji.
Nie dbano o porządek, drewniane podłogi klas nie były myte, lecz nasączano je czarną, tłustą cieczą, raz na jakiś czas zamiatano. Łaźnię zamknięto, a szkoła utraciła swój urok wraz z niepodległością kraju – reszty dokonał szpital wojskowy, a zwłaszcza polowy szpital wojsk radzieckich.
Nie pamiętam w którym miesiącu rozpoczęłam naukę w nowej szkole po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej – przypuszczam, że w marcu. Rozpoczął się czas nauki, w tak bardzo oczekiwanej przez nas polskiej szkole. Nie było łatwo w krótkim czasie opanować polską pisownię, tak bardzo różniącą się od niemieckiej – ale co sercu miłe, przyswaja się prędko. Przedwojenni nauczyciele wrócili do naszej szkoły, choć nie wszyscy, bo z rąk okupanta zginęła kierowniczka szkoły pani Helena Poznańska i pan Emil Giża.
Wraz z godłem państwa wrócił też krzyż na ściany klas oraz modlitwa przed i po nauce. W pierwszym roku, a właściwie przez kilka tylko miesięcy, bo do wakacji letnich – była opiekunką naszej klasy szóstej pani Zofia Bułówna. Podobno miałam dobre wyniki w nauce, dlatego otrzymałam promocję do klasy ósmej. Po wakacjach dołączyła do nauczycieli pani Helena Zajdel (Stolarczykowa) i była opiekunką w klasie ósmej. Kiedy dowiedziała się, że jestem z młodszego rocznika, powiedziała, co do dzisiaj zapamiętałam: ”dziecko, jak chcesz, zostań w tej klasie, ale dom buduje się od fundamentów”. Postanowiłam jednak zostać, ponieważ wszystkie koleżanki z sąsiedztwa były o rok starsze ode mnie, a „mój dom” nauki w polskiej szkole była i tak pozbawiony fundamentów. Dzisiaj wiem, że podjęłam złą decyzję. Pani Zajdel była bardzo mądra, uczyła nas języka polskiego, lecz ja osobiście spodziewałam się innego sposobu prowadzenia nauki. Będąc 13 – 14 latką chciałam rozwijać swoje własne myślenie i sposób wypowiadania się. Pani była innego zdania, ona wymagała od uczennic nauczenia się na pamięć słowo w słowo każdej lekcji, którą nam (z braku podręczników) dyktowała, a właściwie zapisywała na tablicy, a my w zeszytach. Historii i geografii uczyła nas kierownik szkoły pan Wiktor Suchoń, fizyki, chemii – pan Karol Wyrobek, religii, która wróciła do szkoły – ksiądz proboszcz Ignacy Rembowski.
Po ukończeniu klasy ósmej z rocznikiem 1931, moi rodzice postanowili zostawić mnie jeszcze rok w tutejszej szkole, żebym ukończyła naukę z moim rocznikiem 1932. Decyzji tej nie żałowałam. Opiekunem klasy ósmej naszego rocznika był pan Karol Wyrobek, który uczył nas prawie wszystkich przedmiotów. Muszę przyznać, że był to nauczyciel z prawdziwego zdarzenia, potrafił zaciekawić i zachęcić uczniów do nauki. Po jego sposobie prowadzenia lekcji, nawet w „najciemniejszej” głowie musiała pozostać jakaś wiedza. Mam wielkie uznanie dla tego nauczyciela i tak naprawdę w mojej dalszej nauce nie spotkałam podobnego mu pedagoga (co nie tylko ja uznaję, ale także wiele jego uczennic). Muszę jeszcze dodać, że choć była to szkoła żeńska, nasza klasa ósma była pierwszą klasą koedukacyjną. Było w niej, z liczby ogólnej, 2/3 dziewcząt i 1/3 chłopców.
Nasz rocznik – 1932 – był bardzo spokojny (jak się dowiedziałam po wielu latach z opinii nauczycieli, był to najspokojniejszy rocznik w historii tej szkoły). Może dlatego chłopcy, choć z początku nieswojo czuli się wśród dziewcząt, jednak przyzwyczaili się i zostali do końca roku szkolnego.
Rok szkolny 1946/47 przeminął szybko i dnia 28 czerwca otrzymałam z rąk opiekuna klasy świadectwo ukończenia szkoły powszechnej (nr 52). Po raz pierwszy popłynęły łzy - lecz tym razem łzy żalu, że trzeba się rozstać z „moją szkołą”, szkołą polską, prawdziwą, do której uczęszczałam z ochotą i która uleczyła koszmarne wspomnienia z okresu okupacji.... Collapse
Proszę czekać…