Drodzy Absolwenci „Szkoły na Górce”!
Minęło już prawie 90 lat, odkąd pierwsi uczniowie zasiedli w szkolnych ławach Naszej Szkoły. To szacowny wiek. Jest nas już kilka tysięcy.
Różnie potoczyły się Wasze losy, ale wszyscy w jakimś okresie swojego życia pokonywaliście drogę na górkę, zawarliście tutaj przyjaźnie, macie wspólne szkolne wspomnienia (te dobre i te mniej).
Jeżeli jesteś Absolwentem lub ktoś z Twoich bliskich uczył się w naszej szkole, prosimy o zamieszczenie krótkiego wpisu poniżej.
Podziel się z nami informacją, co u Ciebie słychać? Jak potoczyły się Twoje losy? Może chcesz przywołać swoje wspomnienia…? A może ktoś z Twoich bliskich jest sympatykiem „Szkoły na Górce”? Gorąco zapraszamy wszystkich chętnych do wyrażania swoich refleksji, bo to właśnie Wy tworzycie historię tej szkoły.
Jeśli to możliwe prosimy o podanie roku ukończenia szkoły.
To był zupełnie inny świat! Do dziś czuję w nozdrzach zapach pasty do podłóg i widzę te charakterystyczne lamperie na ścianach. W salach królowały ciężkie, drewniane ławki na sztywno połączone z siedziskami, a centrum dowodzenia stanowiła tablica na kredę i wiecznie mokra gąbka. Pamiętacie te wyprawy do sąsiednich klas pod hasłem: „Dzień dobry, czy można pożyczyć kredę?” – to był zawsze świetny pretekst, żeby legalnie opuścić lekcję na minutę i mieć szanse nie być odpytanym. Nasza „Szkoła na Górce” była wtedy może i surowa, ale za to z jaką duszą!
Z wielkim sentymentem wspominam dyrektora Stachonia. Był niezwykle wyrozumiały – często pozwalał nam pograć na sali gimnastycznej w ramach SKS-u bez oficjalnej opieki. To zaufanie, jakim nas obdarzał, było dla nas wtedy czymś wyjątkowym. Całe nasze życie towarzyskie toczyło się na tych korytarzach, które dziś… no cóż, wyglądają nie do poznania! I jeszcze dużury uczniowskie w szatni, które sprzyjały integracji uczniowskiej.
Kiedy dziś odprowadzam do szkoły moich dwóch synów, rozpiera mnie duma. Architektura przeszła niesamowitą metamorfozę: odświeżona elewacja, nowoczesne boisko i hala sportowa, o której my mogliśmy tylko marzyć. A wnętrza? To już zupełnie inna bajka! Interaktywne tablice, kolorowe pracownie i profesjonalne zaplecze. Czasem aż im zazdroszczę tych luksusów, gdy przypomnę sobie nasze bieganie po „nieco” zmęczonym asfalcie. O profesjonalnej bieżni nikt wtedy nawet nie śnił!
Podsumowując, czas spędzony w tych murach to jeden z fundamentów mojego życia. To tutaj zawiązały się pierwsze przyjaźnie i hartował charakter. Bardzo się cieszę, że moi synowie kontynuują rodzinną tradycję właśnie tutaj. Wiem, że są w dobrych rękach i że to miejsce – tak jak kiedyś mnie – da im solidny i radosny start w dorosłość.... Collapse
Często zapraszała całą klasę do swojego domu. Biegaliśmy po ogrodzie i po domu, co bardzo lubiliśmy, a jej wcale to nie przeszkadzało. Tworzyła atmosferę serdeczności i bezpieczeństwa, dzięki której czuliśmy się swobodnie i byliśmy ze sobą bardzo zżyci.
Drugą osobą, która szczególnie zapisała się w mojej pamięci, była pani Janina Szczotko – osoba miła, spokojna i niezwykle cierpliwa. Uczyła nas języka rosyjskiego, który w tamtych latach był przedmiotem obowiązkowym w każdej szkole. Po opanowaniu słówek, które regularnie powtarzaliśmy na lekcjach, nauka często przybierała formę zabawy. Bawiliśmy się w sklep, odgrywaliśmy scenki na dworcu kolejowym, w szpitalu czy w podróży – wszystko oczywiście po rosyjsku. Były też inne gry i zabawy, których dziś nie potrafię już dokładnie odtworzyć, ale pamiętam, że nauka sprawiała nam radość.
W kolejnych latach, już w innej szkole, nie udało mi się chyba pójść ani o krok dalej niż to, czego nauczyłam się właśnie od niej. Pani Janina Szczotko jest dziś na zasłużonej emeryturze. Składam jej wyrazy głębokiego szacunku i wdzięczności.... Collapse
W szkole na górce zawsze coś się działo, konkursy, zawody, akademie, dyskoteki, zawsze było na co czekać i zawsze było za czym gonić i o co się starać. Wspomnienia i przyjaźnie ze szkoły przetrwały do dziś. W młodszych klasach czekało się, aż będziemy śpiewali w „Czerwono-Czarnych” albo kiedy w końcu będzie chemia i będziemy robili doświadczenia z p. Bryszem. Zimą czekaliśmy na wyjazdy na zimowiska z p. Kaczorem, a co tydzień po prostu aż p. Kostorz rzuci jakimś śmiesznym epitetem na muzyce czy plastyce. Niestety różne głupoty nie uchodziły nam na sucho i często kończyły się na dywaniku u pani Dyrektor… Dzisiaj, kiedy biorę udział w wydarzeniach organizowanych przez Starostwo Powiatowe oraz kiedy przemawia moja ówczesna Pani Dyrektor, znowu czuję się, gdybym był na na szkolnym apelu...... Collapse
Pierwsze znajomości, przyjaźnie, a nawet pierwszy całus w policzek przy układaniu nożyczek do koszyczków - małe rzeczy,
a głęboko zakorzenione w pamięci zawsze wspominam z uśmiechem na twarzy. 🙂
Kolejny etap - pasowanie na ucznia, pierwsza klasa i najwspanialsza wychowawczyni ever <3 Pani Ela Osoba - kobieta anioł - na samą myśl cieplej robi się na serduszku 🙂
Chórek „Iskierki” i przeglądy śląskich piosenek (do dzisiaj pamiętam teksty) Zielona Szkoła - pierwsze rozstanie z rodzicami aż na trzy tygodnie - czas radości, szaleństwa, ale także tęsknoty
i wzruszeń (życie bez telefonów też istniało).
Nadszedł w końcu czas reformy szkolnictwa - wprowadzenie Gimnazjum. Byliśmy drugim rocznikiem owej reformy…czy żałuję??? Nie!!!
Patrząc wstecz - miałam super klasę i fajnego wychowawcę Pana Marcina Kaczora.
Gwar na przerwach, przesiadywanie pod sklepikiem, w okresie letnim przy murach boiska, a po lekcjach gorąca czekolada z bitą śmietaną u „Chopa”.
Dyskoteki, wiadomo najlepsze na szkolnym korytarzu, a wycieczki i rajdy organizowane przez Pana Marcina - niezapomniane chwile 🙂
Całe grono pedagogiczne w jakiś sposób zostawiło ślad w pamięci: lekcje j. polskiego dzięki Pani Ani Kubicy -były przyjemne
i rzeczowe, chemia - nikt tak nie potrafił wytłumaczyć jak pierwiastki się łączą w pary na imprezie jak Pan Tadek Brysz, matematyka - czasem było ciężko, ale Pani Teresa Stolorz potrafiła wytłumaczyć tak, żeby było prosto, dziękuję za lekcje historii Panu Mariuszowi Gąsiorczykowi - matura poszła gładko 🙂
Dzisiaj jako matka cieszę się, że moje dzieci mogą uczyć się
w „Szkole na Górce” - Mojej Szkole 🙂
P.S. Kochany roczniku ’87 w przyszłym roku znowu się bawimy - wkrótce szczegóły :)... Collapse
przedsięwzięć ale czasem także do nieszkodliwych psot. Tak więc po latach kiedy wspominam miniony czas - uśmiecham się do siebie i bardzo doceniam każde doświadczenie jakie dala mi moja podstawówka.... Collapse
Jako polonistka była najlepszym nauczycielem, jakiego miałam. Potrafiła w wyjątkowy sposób przekazywać wiedzę, rozbudzać miłość do języka oraz motywować do twórczego myślenia. To był naprawdę piękny i wartościowy czas, do którego wracam z wdzięcznością. Nauczyciele gimnazjum tworzyli pełną zaangażowania i życzliwości kadrę, dzięki której to miejsce na zawsze pozostaje w sercu.... Collapse
W murach tej szkoły stawiałem pierwsze kroki w edukacji, uczyłem się odpowiedzialności, współpracy i szacunku do drugiego człowieka. Nauczyciele potrafili nie tylko przekazywać wiedzę, ale także kształtować charakter i budować poczucie przynależności do naszej małej ojczyzny. Te wartości towarzyszą mi do dziś.
Podczas obchodów 80-lecia Szkoły na Górce pozwoliłem sobie na krótką refleksję, która utkwiła mi w pamięci do dziś. Powiedziałem wtedy, że dzieci codziennie idą do szkoły pod górkę, często z trudem i wysiłkiem, ucząc się i pokonując kolejne wyzwania. Ale jako absolwenci schodzimy już z górki – bogatsi w wiedzę, doświadczenie i przygotowani do dalszej drogi w życiu. Dziś, z perspektywy lat, te słowa nabierają dla mnie jeszcze głębszego znaczenia.
Przez osiem lat miałem zaszczyt pełnić funkcję radnego. To doświadczenie pozwoliło mi spojrzeć na Szkołę na Górce z szerszej perspektywy – jako na instytucję niezwykle ważną dla rozwoju Imielina, integrującą mieszkańców i łączącą przeszłość z przyszłością.
Jestem dumny, że jestem absolwentem Szkoły na Górce oraz częścią społeczności, która przez dekady budowała jej renomę.
Z okazji jubileuszu 90-lecia życzę całej społeczności szkolnej dalszych sukcesów, pasji w nauczaniu i wychowywaniu młodych ludzi oraz tego, aby Szkoła na Górce pozostała miejscem, do którego zawsze wraca się z sentymentem i dumą.
Tomasz Lamik... Collapse
Moim wychowawcą był pan Wyrobek, śpiewu uczyła mnie pani Kalczyńska, geografii pan Hanc, a biologii pani Bober – nauczycielka niezwykle wymagająca, ale jednocześnie taka, która naprawdę uczyła. Każdy z nauczycieli potrafił dostrzec w uczniu coś wyjątkowego i pomóc rozwijać jego talent, dlatego tak bardzo lubiłam uczęszczać do tej szkoły.
Moja klasa liczyła około trzydziestu osób. Siedzieliśmy po dwie osoby w ławce, nie obowiązywały wtedy mundurki, a w szkole nie było sklepiku. Lekcje wychowania fizycznego często odbywały się na świeżym powietrzu i były pełne radości oraz ruchu. Szczególnie zapadły mi w pamięć zawody, podczas których należało jak najszybciej przenieść ugotowane jajko na łyżce z jednego punktu do drugiego – było przy tym wiele śmiechu i emocji. Przed lekcjami przyrody i geografii nauczycielka zawsze wybierała kilka osób na środek sali, aby przypomnieć to, co działo się na poprzednich zajęciach.
Byłam drużynową w harcerstwie, a od piątej klasy należałam do chóru prowadzonego przez panią Kalczyńską, co dawało mi wiele radości i poczucie wspólnoty. Szkoła na Górce była miejscem, w którym nie tylko zdobywało się wiedzę, ale także uczyło się współpracy, odpowiedzialności i rozwijania pasji. Z ogromnym sentymentem wspominam tamte lata i chętnie wróciłabym do tych czasów jeszcze raz.... Collapse
Życzę szkole dalszego harmonijnego rozwoju, wspaniałych absolwentów a nauczycielom satysfakcji i zadowolenia z pracy w tej placówce.... Collapse
Rok później, w 1937 r. zapisała mnie moja mama do „ochronki” (przedszkola), gdzie uczęszczałam wraz z koleżankami z sąsiedztwa przez okres jednego roku szkolnego. Byłyśmy w grupie dzieci starszych, które prowadziła pani Zofia Petri (Giżowa). „Nasza pani” była dla nas kimś wyjątkowym – potrafiła nas maluchów, poza zabawą, wiele pożytecznych czynności nauczyć np. wyszywania serwetek, co mnie pięciolatce nie wychodziło, ale moja o rok starsze koleżanki robiły to doskonale.
Ochronka mieściła się suterenie budynku szkolnego. Dzieci były podzielone na dwie grupy – młodszą grupę prowadziła pani Ernestyna Bierska (Gierlotkowa), a starszą pani Zofia Petri (Giża). Każda grupa miała po jednym pomieszczeniu na zajęcia i zabawy, szatnię oraz jadalnię. Każde dziecko miało swoje miejsce w szatni oznaczone znaczkiem (kwiatek, kotek itp.), gdzie po przybyciu do ochronki zawieszało się swój płaszczyk, zamieniając go na obowiązujący niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem oraz buty na kapcie, które znajdowały się w woreczku z wyszytym znaczkiem. Śniadanie jedliśmy w jadalni, dokąd pani Długajczykowa (żona woźnego) przynosiła kosz słodkich bułek i gar „kakałszali” (łuski kakaowe z mlekiem). Każde dziecko miało swój garnuszek oraz serwetkę z białego płótna z wyszytym swoim znaczkiem. Dzieci z ochronki, albo jak u nas mówiono „ze szkółki”, brały też czynny udział w przedstawieniach z okazji uroczystości szkolnych. Mnie osobiście utkwił w pamięci mój występ w czasie zabawy karnawałowej dla dzieci w ochronce , na którą to zabawę zostali zaproszeni nasi rodzice. Tańczyłam wtedy z kolegą Wiktorem Czambergiem taniec „lalka i pajac”. Taniec kończył się pocałunkiem lalki i pajaca. Byłam tym tak oburzona, że poskarżyłam się mojej mamie, że: „ ja chcę tańczyć, ale całować się z chłopakami nie będę”. Interwencja mamy poskutkowała – taniec zakończył się „pocałunkiem na odległość”.
Miłe wspomnienia moich lat przedszkolnych zamieniły się na smutne przeżycia z większości lat szkolnych. Należę bowiem do najbardziej poszkodowanego rocznika w dziejach szkoły.
Był sierpień 1939 r. – radosny niepokój przyszłej pierwszoklasistki czekającej na rozpoczęcie nauki w pięknej, nowej szkole. Na uroczyste rozpoczęcie I roku szkolnego czekała już piękna, skórzana teczka (nie tornister), a w niej tabliczka z gąbką i rysikiem - na próżno! 1 września – radość z rozpoczęcia nauki zastąpił strach i niepewność tułaczki wojennej , widok mężczyzn prowadzonych na rozstrzelanie, który do końca życia zostaje w pamięci. Przybyli obcy ludzie, których mowy nie rozumiałam.
W końcu przyszedł czas na rozpoczęcie nauki, lecz w języku niemieckim. Nie pamiętam, który to był miesiąc, ale na pewno była to zima (styczeń, luty), kiedy przyszłam z lękiem, po raz pierwszy do tzw. I klasy szkoły żeńskiej, a właściwie to do przedszkola, w którym uczono nas pierwszych wyrazów niemieckich i piosenek śpiewanych po niemiecku, a uczyły tego „panie” w wielu lat 16 -tu – Imielanki, których nazwisk nie znałam. Trwało to jakiś czas, zanim rozpoczęła się właściwa nauka w I klasie, z prawdziwą nauczycielką, starszą panią, o nazwisku Grosch. Była ona dla nas nawet dosyć miła i za każdy zapamiętany, nowo nauczony wyraz niemiecki obdarowywała obrazkami (naklejkami). Może w klasie trzeciej, nie pamiętam dokładnie, dostałyśmy nową, młodą nauczycielkę o przekonaniu faszystowskim, panią Teklę Klein z Kolonii, której celem było zrobić z nas „prawdziwe niemieckie dziewczęta oddane „Führer’owi” – nauka liczyła się mniej. Była to „prawa ręka” kierownika szkoły pana Herbsta – fanatycznego faszysty – i donosiła mu o nieobecności każdej uczennicy, która nie przychodziła na obowiązkowe zebrania „Jungmädel – Heim”, za co groziła kara cielesna. Chyba w piątek klasie uczyła nas młoda nauczycielka pani Edelmann, której zależało na tym, żebyśmy zdobyły jak najwięcej wiedzy z różnych dziedzin nauki, a nie tylko z niemieckiego i matematyki – tak, jak to uznawały inne nauczycielki wraz z kierownikiem szkoły.
O tej jedynej nauczycielce mam bardzo miłe wspomnienia. Ta jedna, choć rodowita Niemka nie miała w sobie niemieckiej buty i traktowała nas jak bliskie sobie osoby. Jej to zawdzięczam jedyne miłe wspomnienia z okresu okupacji niemieckiej, kiedy w ukryciu przed innymi nauczycielkami, a zwłaszcza przed kierownikiem szkoły Herbstem, śpiewała z nami „zakazane” kolędy w czasie adwentowym, a tuż przed Świętami Bożego Narodzenia urządziła wieczór kolęd stawiając na straży przed drzwiami klasy, którąś z dziewcząt. Ta miła pani nie zabawiła długo w naszej szkole, nie podobała się pewnie panu Herbstowi, była za dobra, a w dodatku wierząca – musiała więc odejść.
Najgorsze wspomnienia mam z klasy VI tj. z roku szkolnego 1944/45. Klasę VI i VII połączoną w jednym pomieszczeniu (klasie), obowiązkowo z oknami z widokiem na kościół, uczył kierownik szkoły pan Herbst, istne wcielenie zła i nienawiści do własnych uczennic, wiary, ludzi innych narodowości niż „ rasa niemiecka”. To nie była nauka – to był koszmar!. Mowa polska była surowo zabroniona, lecz my rozmawiałyśmy między sobą w gwarze śląskiej, uważając na niektóre z uczennic, które mogły zrobić donos – ale takich było mało. Wracając do wspomnień z klasy VI, muszę dodać, że pan Herbst traktował nas nie jako uczennice, bo tworzył system obozu koncentracyjnego w „swojej” klasie. Uczennice były podzielone na trzy rzędy: „rząd dobry”, „rząd średni” i „ośli rząd”.
Z nauką było różnie, w zależności od ilości nauczycieli. Na początku (1940 r.) zajęcia odbywały się 3 razy w tygodniu, po 2 godziny lekcyjne, w następnych latach, 4-6 dni w tygodniu, a pod koniec wojny, w lecie i w jesieni, 1944 r. znowu mniej, lecz za to musiałyśmy iść kopać wzdłuż Przemszy rowy przeciwpancerne i okopy dla strzelców – oczywiście pod nadzorem pana Herbsta. W styczniu 1945 r. , kiedy front był już blisko, brałyśmy udział w opróżnianiu klas z ławek , które nosiłyśmy na podwórko starej szkoły, bowiem nowa szkoła była wyznaczona na szpital wojskowy. Radość, że wracają „nasi” była zmącona strachem, cicho przekazywanej wiadomości, że dzieci szkolne będą wywożona w głąb Niemiec. Na szczęście okazało się to tylko plotką, a może brak czasu, ze względu na szybko posuwający się na zachód front wschodni, nie sprzyjał Niemcom temu pomysłowi.
Moja „nowa szkoła” weszła teraz w najgorszy okres dewastacji. Najpierw polowy szpital niemiecki, a po wkroczeniu wojsk radzieckich do Imielina (26 – 28 stycznia) szpital wojsk radzieckich.
Od uroczystego otwarcia do wybuchu II wojny światowej szkoła żeńska była wzorem szkół pod względem czystości i piękna. Wystrój klas (piękne ławki, przesuwane 2 – częściowe tablice), przestronne korytarze z kranami wody pitnej, biało wykafelkowane pomieszczenia umywalni i ubikacji, przestronne szatnie, piękne wejście główne, z którego na prawo w dół prowadziły schody do Sali gimnastycznych i łaźni dla uczennic. Potem nastał wspomniany okres dewastacji.
Nie dbano o porządek, drewniane podłogi klas nie były myte, lecz nasączano je czarną, tłustą cieczą, raz na jakiś czas zamiatano. Łaźnię zamknięto, a szkoła utraciła swój urok wraz z niepodległością kraju – reszty dokonał szpital wojskowy, a zwłaszcza polowy szpital wojsk radzieckich.
Nie pamiętam w którym miesiącu rozpoczęłam naukę w nowej szkole po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej – przypuszczam, że w marcu. Rozpoczął się czas nauki, w tak bardzo oczekiwanej przez nas polskiej szkole. Nie było łatwo w krótkim czasie opanować polską pisownię, tak bardzo różniącą się od niemieckiej – ale co sercu miłe, przyswaja się prędko. Przedwojenni nauczyciele wrócili do naszej szkoły, choć nie wszyscy, bo z rąk okupanta zginęła kierowniczka szkoły pani Helena Poznańska i pan Emil Giża.
Wraz z godłem państwa wrócił też krzyż na ściany klas oraz modlitwa przed i po nauce. W pierwszym roku, a właściwie przez kilka tylko miesięcy, bo do wakacji letnich – była opiekunką naszej klasy szóstej pani Zofia Bułówna. Podobno miałam dobre wyniki w nauce, dlatego otrzymałam promocję do klasy ósmej. Po wakacjach dołączyła do nauczycieli pani Helena Zajdel (Stolarczykowa) i była opiekunką w klasie ósmej. Kiedy dowiedziała się, że jestem z młodszego rocznika, powiedziała, co do dzisiaj zapamiętałam: ”dziecko, jak chcesz, zostań w tej klasie, ale dom buduje się od fundamentów”. Postanowiłam jednak zostać, ponieważ wszystkie koleżanki z sąsiedztwa były o rok starsze ode mnie, a „mój dom” nauki w polskiej szkole była i tak pozbawiony fundamentów. Dzisiaj wiem, że podjęłam złą decyzję. Pani Zajdel była bardzo mądra, uczyła nas języka polskiego, lecz ja osobiście spodziewałam się innego sposobu prowadzenia nauki. Będąc 13 – 14 latką chciałam rozwijać swoje własne myślenie i sposób wypowiadania się. Pani była innego zdania, ona wymagała od uczennic nauczenia się na pamięć słowo w słowo każdej lekcji, którą nam (z braku podręczników) dyktowała, a właściwie zapisywała na tablicy, a my w zeszytach. Historii i geografii uczyła nas kierownik szkoły pan Wiktor Suchoń, fizyki, chemii – pan Karol Wyrobek, religii, która wróciła do szkoły – ksiądz proboszcz Ignacy Rembowski.
Po ukończeniu klasy ósmej z rocznikiem 1931, moi rodzice postanowili zostawić mnie jeszcze rok w tutejszej szkole, żebym ukończyła naukę z moim rocznikiem 1932. Decyzji tej nie żałowałam. Opiekunem klasy ósmej naszego rocznika był pan Karol Wyrobek, który uczył nas prawie wszystkich przedmiotów. Muszę przyznać, że był to nauczyciel z prawdziwego zdarzenia, potrafił zaciekawić i zachęcić uczniów do nauki. Po jego sposobie prowadzenia lekcji, nawet w „najciemniejszej” głowie musiała pozostać jakaś wiedza. Mam wielkie uznanie dla tego nauczyciela i tak naprawdę w mojej dalszej nauce nie spotkałam podobnego mu pedagoga (co nie tylko ja uznaję, ale także wiele jego uczennic). Muszę jeszcze dodać, że choć była to szkoła żeńska, nasza klasa ósma była pierwszą klasą koedukacyjną. Było w niej, z liczby ogólnej, 2/3 dziewcząt i 1/3 chłopców.
Nasz rocznik – 1932 – był bardzo spokojny (jak się dowiedziałam po wielu latach z opinii nauczycieli, był to najspokojniejszy rocznik w historii tej szkoły). Może dlatego chłopcy, choć z początku nieswojo czuli się wśród dziewcząt, jednak przyzwyczaili się i zostali do końca roku szkolnego.
Rok szkolny 1946/47 przeminął szybko i dnia 28 czerwca otrzymałam z rąk opiekuna klasy świadectwo ukończenia szkoły powszechnej (nr 52). Po raz pierwszy popłynęły łzy - lecz tym razem łzy żalu, że trzeba się rozstać z „moją szkołą”, szkołą polską, prawdziwą, do której uczęszczałam z ochotą i która uleczyła koszmarne wspomnienia z okresu okupacji.... Collapse
W „Szkole na Górce" spędziłem tylko trzy lata jako gimnazjalista. Do dziś wspominam szansę, której wtedy nie wykorzystałem. Podczas jednej z lekcji WF-u pan Marcin Kaczor zabrał nas na boisko szkolne – wtedy jeszcze asfaltowe. Oznajmił, że będziemy zaliczać rzut piłeczką palantową na odległość. Gdy my się rozgrzewaliśmy, pan Marcin wyrysował kredą skalę do mierzenia długości rzutów. Rzucało się spod tylnego płota (przy dzisiejszym stole do ping-ponga) w kierunku szkoły.
Zauważyłem, że skala kończy się na około 55 metrach. Zapytałem pana Kaczora:
– A co, jeśli komuś zabraknie skali?
– Spokojnie, nie zabraknie – odpowiedział.
Przystąpiliśmy do rzutów. Pan Marcin zaprezentował prawidłową technikę i jako pierwszy oddał rzut. Kolejno, według listy, każdy z uczniów posyłał piłeczkę w kierunku szkoły. W końcu nadeszła moja kolej. Krótki rozbieg, zamach – i piłeczka poszybowała. Zatrzymała się dopiero na ścianie budynku szkoły. Zaskoczenie pana Marcina było niemałe. Od razu dostałem szóstkę z rzutu.
Gdy kolejni koledzy podchodzili do zadania, zauważyłem, że pan Marcin zaczyna się rozgrzewać. „Czyżby mała rywalizacja nauczyciel–uczeń?” – pomyślałem. Po chwili wuefista przystąpił do ponownego rzutu. Rzut był daleki, ale… nie tak daleki.
Z uśmiechem podszedł do mnie pan Marcin i powiedział:
– Jak trafisz w to otwarte okno w pokoju nauczycielskim, to będziesz miał szóstkę na koniec roku.
Zapytałem:
– A co, jeśli nie trafię i wybije się szyba w innym oknie?
Wyraz twarzy i milczenie pana Kaczora dały mi do zrozumienia, że trzeba będzie liczyć się z konsekwencjami ewentualnej porażki. Zrezygnowałem z próby. A szkoda. Dziś chętnie podjąłbym się tego wyzwania, bo wiem, że z każdym problemem można sobie poradzić – nawet z wybitą szybą. Między innymi takiego podejścia do życia uczył nas pan Marcin.
Swoją drogą, pan Marcin był moim wychowawcą – najlepszym, jakiego miałem.... Collapse
