Drodzy Absolwenci „Szkoły na Górce”!
Minęło już prawie 90 lat, odkąd pierwsi uczniowie zasiedli w szkolnych ławach Naszej Szkoły. To szacowny wiek. Jest nas już kilka tysięcy.
Różnie potoczyły się Wasze losy, ale wszyscy w jakimś okresie swojego życia pokonywaliście drogę na górkę, zawarliście tutaj przyjaźnie, macie wspólne szkolne wspomnienia (te dobre i te mniej).
Jeżeli jesteś Absolwentem lub ktoś z Twoich bliskich uczył się w naszej szkole, prosimy o zamieszczenie krótkiego wpisu poniżej.
Podziel się z nami informacją, co u Ciebie słychać? Jak potoczyły się Twoje losy? Może chcesz przywołać swoje wspomnienia…? A może ktoś z Twoich bliskich jest sympatykiem „Szkoły na Górce”? Gorąco zapraszamy wszystkich chętnych do wyrażania swoich refleksji, bo to właśnie Wy tworzycie historię tej szkoły.
Jeśli to możliwe prosimy o podanie roku ukończenia szkoły.
Moim wychowawcą był pan Wyrobek, śpiewu uczyła mnie pani Kalczyńska, geografii pan Hanc, a biologii pani Bober – nauczycielka niezwykle wymagająca, ale jednocześnie taka, która naprawdę uczyła. Każdy z nauczycieli potrafił dostrzec w uczniu coś wyjątkowego i pomóc rozwijać jego talent, dlatego tak bardzo lubiłam uczęszczać do tej szkoły.
Moja klasa liczyła około trzydziestu osób. Siedzieliśmy po dwie osoby w ławce, nie obowiązywały wtedy mundurki, a w szkole nie było sklepiku. Lekcje wychowania fizycznego często odbywały się na świeżym powietrzu i były pełne radości oraz ruchu. Szczególnie zapadły mi w pamięć zawody, podczas których należało jak najszybciej przenieść ugotowane jajko na łyżce z jednego punktu do drugiego – było przy tym wiele śmiechu i emocji. Przed lekcjami przyrody i geografii nauczycielka zawsze wybierała kilka osób na środek sali, aby przypomnieć to, co działo się na poprzednich zajęciach.
Byłam drużynową w harcerstwie, a od piątej klasy należałam do chóru prowadzonego przez panią Kalczyńską, co dawało mi wiele radości i poczucie wspólnoty. Szkoła na Górce była miejscem, w którym nie tylko zdobywało się wiedzę, ale także uczyło się współpracy, odpowiedzialności i rozwijania pasji. Z ogromnym sentymentem wspominam tamte lata i chętnie wróciłabym do tych czasów jeszcze raz.... Collapse
Życzę szkole dalszego harmonijnego rozwoju, wspaniałych absolwentów a nauczycielom satysfakcji i zadowolenia z pracy w tej placówce.... Collapse
Rok później, w 1937 r. zapisała mnie moja mama do „ochronki” (przedszkola), gdzie uczęszczałam wraz z koleżankami z sąsiedztwa przez okres jednego roku szkolnego. Byłyśmy w grupie dzieci starszych, które prowadziła pani Zofia Petri (Giżowa). „Nasza pani” była dla nas kimś wyjątkowym – potrafiła nas maluchów, poza zabawą, wiele pożytecznych czynności nauczyć np. wyszywania serwetek, co mnie pięciolatce nie wychodziło, ale moja o rok starsze koleżanki robiły to doskonale.
Ochronka mieściła się suterenie budynku szkolnego. Dzieci były podzielone na dwie grupy – młodszą grupę prowadziła pani Ernestyna Bierska (Gierlotkowa), a starszą pani Zofia Petri (Giża). Każda grupa miała po jednym pomieszczeniu na zajęcia i zabawy, szatnię oraz jadalnię. Każde dziecko miało swoje miejsce w szatni oznaczone znaczkiem (kwiatek, kotek itp.), gdzie po przybyciu do ochronki zawieszało się swój płaszczyk, zamieniając go na obowiązujący niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem oraz buty na kapcie, które znajdowały się w woreczku z wyszytym znaczkiem. Śniadanie jedliśmy w jadalni, dokąd pani Długajczykowa (żona woźnego) przynosiła kosz słodkich bułek i gar „kakałszali” (łuski kakaowe z mlekiem). Każde dziecko miało swój garnuszek oraz serwetkę z białego płótna z wyszytym swoim znaczkiem. Dzieci z ochronki, albo jak u nas mówiono „ze szkółki”, brały też czynny udział w przedstawieniach z okazji uroczystości szkolnych. Mnie osobiście utkwił w pamięci mój występ w czasie zabawy karnawałowej dla dzieci w ochronce , na którą to zabawę zostali zaproszeni nasi rodzice. Tańczyłam wtedy z kolegą Wiktorem Czambergiem taniec „lalka i pajac”. Taniec kończył się pocałunkiem lalki i pajaca. Byłam tym tak oburzona, że poskarżyłam się mojej mamie, że: „ ja chcę tańczyć, ale całować się z chłopakami nie będę”. Interwencja mamy poskutkowała – taniec zakończył się „pocałunkiem na odległość”.
Miłe wspomnienia moich lat przedszkolnych zamieniły się na smutne przeżycia z większości lat szkolnych. Należę bowiem do najbardziej poszkodowanego rocznika w dziejach szkoły.
Był sierpień 1939 r. – radosny niepokój przyszłej pierwszoklasistki czekającej na rozpoczęcie nauki w pięknej, nowej szkole. Na uroczyste rozpoczęcie I roku szkolnego czekała już piękna, skórzana teczka (nie tornister), a w niej tabliczka z gąbką i rysikiem - na próżno! 1 września – radość z rozpoczęcia nauki zastąpił strach i niepewność tułaczki wojennej , widok mężczyzn prowadzonych na rozstrzelanie, który do końca życia zostaje w pamięci. Przybyli obcy ludzie, których mowy nie rozumiałam.
W końcu przyszedł czas na rozpoczęcie nauki, lecz w języku niemieckim. Nie pamiętam, który to był miesiąc, ale na pewno była to zima (styczeń, luty), kiedy przyszłam z lękiem, po raz pierwszy do tzw. I klasy szkoły żeńskiej, a właściwie to do przedszkola, w którym uczono nas pierwszych wyrazów niemieckich i piosenek śpiewanych po niemiecku, a uczyły tego „panie” w wielu lat 16 -tu – Imielanki, których nazwisk nie znałam. Trwało to jakiś czas, zanim rozpoczęła się właściwa nauka w I klasie, z prawdziwą nauczycielką, starszą panią, o nazwisku Grosch. Była ona dla nas nawet dosyć miła i za każdy zapamiętany, nowo nauczony wyraz niemiecki obdarowywała obrazkami (naklejkami). Może w klasie trzeciej, nie pamiętam dokładnie, dostałyśmy nową, młodą nauczycielkę o przekonaniu faszystowskim, panią Teklę Klein z Kolonii, której celem było zrobić z nas „prawdziwe niemieckie dziewczęta oddane „Führer’owi” – nauka liczyła się mniej. Była to „prawa ręka” kierownika szkoły pana Herbsta – fanatycznego faszysty – i donosiła mu o nieobecności każdej uczennicy, która nie przychodziła na obowiązkowe zebrania „Jungmädel – Heim”, za co groziła kara cielesna. Chyba w piątek klasie uczyła nas młoda nauczycielka pani Edelmann, której zależało na tym, żebyśmy zdobyły jak najwięcej wiedzy z różnych dziedzin nauki, a nie tylko z niemieckiego i matematyki – tak, jak to uznawały inne nauczycielki wraz z kierownikiem szkoły.
O tej jedynej nauczycielce mam bardzo miłe wspomnienia. Ta jedna, choć rodowita Niemka nie miała w sobie niemieckiej buty i traktowała nas jak bliskie sobie osoby. Jej to zawdzięczam jedyne miłe wspomnienia z okresu okupacji niemieckiej, kiedy w ukryciu przed innymi nauczycielkami, a zwłaszcza przed kierownikiem szkoły Herbstem, śpiewała z nami „zakazane” kolędy w czasie adwentowym, a tuż przed Świętami Bożego Narodzenia urządziła wieczór kolęd stawiając na straży przed drzwiami klasy, którąś z dziewcząt. Ta miła pani nie zabawiła długo w naszej szkole, nie podobała się pewnie panu Herbstowi, była za dobra, a w dodatku wierząca – musiała więc odejść.
Najgorsze wspomnienia mam z klasy VI tj. z roku szkolnego 1944/45. Klasę VI i VII połączoną w jednym pomieszczeniu (klasie), obowiązkowo z oknami z widokiem na kościół, uczył kierownik szkoły pan Herbst, istne wcielenie zła i nienawiści do własnych uczennic, wiary, ludzi innych narodowości niż „ rasa niemiecka”. To nie była nauka – to był koszmar!. Mowa polska była surowo zabroniona, lecz my rozmawiałyśmy między sobą w gwarze śląskiej, uważając na niektóre z uczennic, które mogły zrobić donos – ale takich było mało. Wracając do wspomnień z klasy VI, muszę dodać, że pan Herbst traktował nas nie jako uczennice, bo tworzył system obozu koncentracyjnego w „swojej” klasie. Uczennice były podzielone na trzy rzędy: „rząd dobry”, „rząd średni” i „ośli rząd”.
Z nauką było różnie, w zależności od ilości nauczycieli. Na początku (1940 r.) zajęcia odbywały się 3 razy w tygodniu, po 2 godziny lekcyjne, w następnych latach, 4-6 dni w tygodniu, a pod koniec wojny, w lecie i w jesieni, 1944 r. znowu mniej, lecz za to musiałyśmy iść kopać wzdłuż Przemszy rowy przeciwpancerne i okopy dla strzelców – oczywiście pod nadzorem pana Herbsta. W styczniu 1945 r. , kiedy front był już blisko, brałyśmy udział w opróżnianiu klas z ławek , które nosiłyśmy na podwórko starej szkoły, bowiem nowa szkoła była wyznaczona na szpital wojskowy. Radość, że wracają „nasi” była zmącona strachem, cicho przekazywanej wiadomości, że dzieci szkolne będą wywożona w głąb Niemiec. Na szczęście okazało się to tylko plotką, a może brak czasu, ze względu na szybko posuwający się na zachód front wschodni, nie sprzyjał Niemcom temu pomysłowi.
Moja „nowa szkoła” weszła teraz w najgorszy okres dewastacji. Najpierw polowy szpital niemiecki, a po wkroczeniu wojsk radzieckich do Imielina (26 – 28 stycznia) szpital wojsk radzieckich.
Od uroczystego otwarcia do wybuchu II wojny światowej szkoła żeńska była wzorem szkół pod względem czystości i piękna. Wystrój klas (piękne ławki, przesuwane 2 – częściowe tablice), przestronne korytarze z kranami wody pitnej, biało wykafelkowane pomieszczenia umywalni i ubikacji, przestronne szatnie, piękne wejście główne, z którego na prawo w dół prowadziły schody do Sali gimnastycznych i łaźni dla uczennic. Potem nastał wspomniany okres dewastacji.
Nie dbano o porządek, drewniane podłogi klas nie były myte, lecz nasączano je czarną, tłustą cieczą, raz na jakiś czas zamiatano. Łaźnię zamknięto, a szkoła utraciła swój urok wraz z niepodległością kraju – reszty dokonał szpital wojskowy, a zwłaszcza polowy szpital wojsk radzieckich.
Nie pamiętam w którym miesiącu rozpoczęłam naukę w nowej szkole po wyzwoleniu spod okupacji niemieckiej – przypuszczam, że w marcu. Rozpoczął się czas nauki, w tak bardzo oczekiwanej przez nas polskiej szkole. Nie było łatwo w krótkim czasie opanować polską pisownię, tak bardzo różniącą się od niemieckiej – ale co sercu miłe, przyswaja się prędko. Przedwojenni nauczyciele wrócili do naszej szkoły, choć nie wszyscy, bo z rąk okupanta zginęła kierowniczka szkoły pani Helena Poznańska i pan Emil Giża.
Wraz z godłem państwa wrócił też krzyż na ściany klas oraz modlitwa przed i po nauce. W pierwszym roku, a właściwie przez kilka tylko miesięcy, bo do wakacji letnich – była opiekunką naszej klasy szóstej pani Zofia Bułówna. Podobno miałam dobre wyniki w nauce, dlatego otrzymałam promocję do klasy ósmej. Po wakacjach dołączyła do nauczycieli pani Helena Zajdel (Stolarczykowa) i była opiekunką w klasie ósmej. Kiedy dowiedziała się, że jestem z młodszego rocznika, powiedziała, co do dzisiaj zapamiętałam: ”dziecko, jak chcesz, zostań w tej klasie, ale dom buduje się od fundamentów”. Postanowiłam jednak zostać, ponieważ wszystkie koleżanki z sąsiedztwa były o rok starsze ode mnie, a „mój dom” nauki w polskiej szkole była i tak pozbawiony fundamentów. Dzisiaj wiem, że podjęłam złą decyzję. Pani Zajdel była bardzo mądra, uczyła nas języka polskiego, lecz ja osobiście spodziewałam się innego sposobu prowadzenia nauki. Będąc 13 – 14 latką chciałam rozwijać swoje własne myślenie i sposób wypowiadania się. Pani była innego zdania, ona wymagała od uczennic nauczenia się na pamięć słowo w słowo każdej lekcji, którą nam (z braku podręczników) dyktowała, a właściwie zapisywała na tablicy, a my w zeszytach. Historii i geografii uczyła nas kierownik szkoły pan Wiktor Suchoń, fizyki, chemii – pan Karol Wyrobek, religii, która wróciła do szkoły – ksiądz proboszcz Ignacy Rembowski.
Po ukończeniu klasy ósmej z rocznikiem 1931, moi rodzice postanowili zostawić mnie jeszcze rok w tutejszej szkole, żebym ukończyła naukę z moim rocznikiem 1932. Decyzji tej nie żałowałam. Opiekunem klasy ósmej naszego rocznika był pan Karol Wyrobek, który uczył nas prawie wszystkich przedmiotów. Muszę przyznać, że był to nauczyciel z prawdziwego zdarzenia, potrafił zaciekawić i zachęcić uczniów do nauki. Po jego sposobie prowadzenia lekcji, nawet w „najciemniejszej” głowie musiała pozostać jakaś wiedza. Mam wielkie uznanie dla tego nauczyciela i tak naprawdę w mojej dalszej nauce nie spotkałam podobnego mu pedagoga (co nie tylko ja uznaję, ale także wiele jego uczennic). Muszę jeszcze dodać, że choć była to szkoła żeńska, nasza klasa ósma była pierwszą klasą koedukacyjną. Było w niej, z liczby ogólnej, 2/3 dziewcząt i 1/3 chłopców.
Nasz rocznik – 1932 – był bardzo spokojny (jak się dowiedziałam po wielu latach z opinii nauczycieli, był to najspokojniejszy rocznik w historii tej szkoły). Może dlatego chłopcy, choć z początku nieswojo czuli się wśród dziewcząt, jednak przyzwyczaili się i zostali do końca roku szkolnego.
Rok szkolny 1946/47 przeminął szybko i dnia 28 czerwca otrzymałam z rąk opiekuna klasy świadectwo ukończenia szkoły powszechnej (nr 52). Po raz pierwszy popłynęły łzy - lecz tym razem łzy żalu, że trzeba się rozstać z „moją szkołą”, szkołą polską, prawdziwą, do której uczęszczałam z ochotą i która uleczyła koszmarne wspomnienia z okresu okupacji.... Collapse
W „Szkole na Górce" spędziłem tylko trzy lata jako gimnazjalista. Do dziś wspominam szansę, której wtedy nie wykorzystałem. Podczas jednej z lekcji WF-u pan Marcin Kaczor zabrał nas na boisko szkolne – wtedy jeszcze asfaltowe. Oznajmił, że będziemy zaliczać rzut piłeczką palantową na odległość. Gdy my się rozgrzewaliśmy, pan Marcin wyrysował kredą skalę do mierzenia długości rzutów. Rzucało się spod tylnego płota (przy dzisiejszym stole do ping-ponga) w kierunku szkoły.
Zauważyłem, że skala kończy się na około 55 metrach. Zapytałem pana Kaczora:
– A co, jeśli komuś zabraknie skali?
– Spokojnie, nie zabraknie – odpowiedział.
Przystąpiliśmy do rzutów. Pan Marcin zaprezentował prawidłową technikę i jako pierwszy oddał rzut. Kolejno, według listy, każdy z uczniów posyłał piłeczkę w kierunku szkoły. W końcu nadeszła moja kolej. Krótki rozbieg, zamach – i piłeczka poszybowała. Zatrzymała się dopiero na ścianie budynku szkoły. Zaskoczenie pana Marcina było niemałe. Od razu dostałem szóstkę z rzutu.
Gdy kolejni koledzy podchodzili do zadania, zauważyłem, że pan Marcin zaczyna się rozgrzewać. „Czyżby mała rywalizacja nauczyciel–uczeń?” – pomyślałem. Po chwili wuefista przystąpił do ponownego rzutu. Rzut był daleki, ale… nie tak daleki.
Z uśmiechem podszedł do mnie pan Marcin i powiedział:
– Jak trafisz w to otwarte okno w pokoju nauczycielskim, to będziesz miał szóstkę na koniec roku.
Zapytałem:
– A co, jeśli nie trafię i wybije się szyba w innym oknie?
Wyraz twarzy i milczenie pana Kaczora dały mi do zrozumienia, że trzeba będzie liczyć się z konsekwencjami ewentualnej porażki. Zrezygnowałem z próby. A szkoda. Dziś chętnie podjąłbym się tego wyzwania, bo wiem, że z każdym problemem można sobie poradzić – nawet z wybitą szybą. Między innymi takiego podejścia do życia uczył nas pan Marcin.
Swoją drogą, pan Marcin był moim wychowawcą – najlepszym, jakiego miałem.... Collapse
Pewnego dnia zaproponowaliśmy, że chcielibyśmy dowiedzieć się, jak powstaje mydło. I co? Tego samego dnia je zrobiliśmy! W całej szkole unosił się wtedy specyficzny zapach. Mimo wszystko była to świetna zabawa, a pan Tadeusz wykazał się wobec nas ogromną cierpliwością. Podczas apelu w sali gimnastycznej (obecnie sali fitness i squash), który odbył się właśnie tego dnia, stanęliśmy w chemicznych fartuchach, czując, że najważniejsze są pasja i miłość do chemii. Byliśmy z siebie ogromnie dumni.
To właśnie pielęgnowanie naszych pasji – poszukiwanie, eksperymentowanie, odkrywanie – zawsze było i nadal jest ważne w tej szkole.... Collapse
Ciepło wspominam Panią Teresę Stolorz, która była moją wychowawczynią w klasie IV -VIII. Pamiętam dyrektora Pana Włodzimierza Stachonia, Panią dyrektor Krystynę Michałowy.
Niesamowity sentyment mam do szkolnego sklepiku, gdzie można było kupić drożdżówki, prażynki, lemoniadę w woreczku no i oczywiści, a i przede wszystkim należy wspomnieć o przemiłej, przesympatycznej Pani Halinie Pohl, która zawsze z uśmiechem, zawsze radosna, z miłym słowem sprzedawała nam te łakocie.
Gdy na każdej przerwie tłum uczniów biegł w kierunku sklepiku i jedyne co nas zatrzymywało to ławka pełniąca funkcję lady sklepowej i bywało też tak, że z ową „ladą” ta oto młodzież zatrzymywała się już prawie w środku sklepiku, wtedy można było zobaczyć, po minie pani Haliny, że pewne granice zostały mocno przekroczone i trzeba to jak najszybciej naprawić 🙂
Pamiętam również kółka teatralne, które prowadziła Pani Anna Pawlik, na których mieliśmy próby do „Kopciuszka” później też i do Jasełek, wtedy to był ważny moment, ponieważ na którejś z prób zobaczyliśmy młodą panią polonistkę, a to była ………. obecna Pani dyrektor - Pani Anna Kubica :-)... Collapse
W pierwszych latach mojej edukacji kierownikiem szkoły był pan Paweł Polko, który każdej klasie robił grupowe zdjęcia na tle szkoły. Co roku z innej strony budynku. Tym samym uwiecznił wszystkie cztery wejścia do szkoły. Kiedy kończyłam siódmą klasę, kierownikiem był pan Dominik Buczek, po nim, w ósmej klasie, obowiązki kierownika przejął Jan Fröelich.
Było nas w klasie trzydziestu pięciu uczniów. Nawet mam spis tych uczniów, znam wszystkie nazwiska. Moją wychowawczynią przez osiem lat była pani Helena Stolarczyk. Pamiętam ją, chodziła często w czarnym, atłasowym fartuchu i zawsze serdecznie się uśmiechała. Bardzo dobrze ją wspominam. Ogromnie pomagała dzieciom i przystępnie uczyła. Pani Stolarczykowa mieszkała w Imielinie i była zżyta z tą społecznością. Dodatkowo udzielała uczniom lekcji, jak czegoś nie zrozumiały. Bardzo się starała, żeby przechodzili z klasy do klasy, bo to były czasy, gdy dużo dzieci zostawało na drugi rok w tej samej klasie. Była wychowawczynią kilku roczników uczniów. Uczyła języka polskiego, historii oraz różnych prac ręcznych (szycie, gotowanie, pieczenia ciast). Prowadziła również z dziećmi ogródek szkolny.
Warto wspomnieć jeszcze o tym, że byłam członkiem chóru szkolnego, który prowadziła pani Lesława Turek i kółka tanecznego, które prowadziła pani Weronika Jakóbik. Stroje na występy szyły nasze mamy, które w tamtych czasach wykazywały się ogromną kreatywnością, np. same farbowały białą gazę, krochmaliły i szyły z nich suknie balowe do tańczenia m.in. poloneza. Moja mama aktywnie działała w komitecie rodzicielskim, m.in. organizowała z innymi rodzicami zabawy karnawałowe. Dochody z tych zabaw przeznaczone były na pomoce naukowe oraz na wyposażenie pracowni przedmiotowych.
Kiedy kończyłam ósmą klasę, moją rodzinę odwiedził kuzyn Rysiu ze Stanów Zjednoczonych. Uczęszczał ze mną na lekcje przez ostatnie dwa tygodnie roku szkolnego. Znał język polski, więc szybko nawiązał kontakt z uczniami mojej klasy. Wszyscy w klasie żuli gumę, którą ich Rysiu częstował. Kuzyn był nawet razem ze mną na uroczystości zakończenia roku szkolnego.
Po latach przyszło mi znowu odwiedzić szkolne mury, ale tym razem w innej roli. W grudniu 1995 r. podczas sesji Rady Miasta Imielin, która była w sali, gdzie obecnie uczą się klasy pierwsze, zostałam powołana przez RM Imielin na stanowisko zastępcy Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego.
„Szkoła na Górce” będzie zawsze budzić we mnie pozytywne wspomnienia.... Collapse
Dla mnie jednak to przyjemny czas do którego wielokrotnie wracam wspomnieniami. Wtedy zawiązały się pierwsze przetrwałe do dziś znajomości, wtedy przeżywaliśmy pierwsze sukcesy i porażki, które jak się potem okazało były dobrym gruntem do kształtowania naszej osobowości. Szczególnie miło wspominam obie Panie wychowawczynie tj Panią Stefanię Skwarską , która poprzeczkę z matematyki ustawiała wysoko. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć - to było dobre. Drugą wychowawczynią była Pani Małgorzata Jochemczyk ,której już wśród nas niestety nie ma, z nią wiążą się ciepłe wspomnienia "Naszej Pani "w klasach 1-3.
Dzisiaj, kiedy po tylu latach, ponownie przekraczam progi tej szkoły, jako rodzic, za każdym razem powracają wspomnienia z tamtych lat, robi się miło i ciepło na sercu.
Budynek może się zmienił, jest ładniejszy, piękne, nowoczesne pracownie o jakich nawet nie mogliśmy przed laty pomarzyć, to dusza tej szkoły ciągle niezmienna.... Collapse
To już 60 lat minęło, odkąd opuściłem mury szkoły w Imielinie. Z dumą wspominam edukację w naszej szkole, w naszej klasie — to określenie „nasza” było symbolem jedności i zgrania. Wspaniali nauczyciele, którzy od początku edukacji byli dla mnie autorytetami, na zawsze pozostali w mojej pamięci. Uczyli nas zasad, dyscypliny i szacunku — wartości, które głęboko zakorzeniły się w moim sercu.
Edukację rozpocząłem pod okiem pani Klekot, która wprowadzała nas w świat pisania i czytania. Od drugiej do piątej klasy moją wychowawczynią była pani Janina Durajczyk — nauczycielka geografii, natomiast w szóstej i siódmej klasie wychowawcą został wspaniały człowiek: matematyk, fizyk, chemik, bibliotekarz, a także nauczyciel zajęć praktycznych — pan Karol Wyrobek.
Za każdym razem, gdy jestem w Imielinie i przejeżdżam obok szkoły, wracają wspomnienia tamtych lat. Z ogromnym sentymentem patrzę na to miejsce i z podziwem obserwuję, jak pięknie rozwija się pod kierownictwem obecnej pani dyrektor Anny Kubicy.
Dla mnie szkolne czasy (1958–1965) to niezapomniane lata, do których często wracam myślami.... Collapse
Kadra nauczycieli absolutnie wspaniała, wspominając m.in. p. Brysza, p. Kaczora, p. Gąsiorczyka, p. Stolecką, p. Kostorz no i najlepszą wychowawczynię p. Annę Kubicę!!!
Pamiętna wycieczka do Warszawy do opery, gdy determinacja i zaangażowanie p. Anny ukształtowały młodego człowieka i jego postrzeganie nie tylko kultury.
W p. Annie i lekcjach j. polskiego byliśmy wprost zakochani…mimo mojej nie chęci do dzieł Adama Mickiewicza 😊
Liczne próby i występy w zespole muzycznym pod egidą p. Zofii. Do teraz mam jeszcze oryginalnie zafoliowaną Naszą nagraną płytę zespołu Czerwono-Czarni, a utwór Nada De Turbe czy Confitemini Domino…zostały w pamięci na zawsze!
Zajęcia wychowania fizycznego pełne potu i wysiłku, gdzie p. Marcin motywował za każdym razem…mówiąc „dasz radę! Potrafisz!” „…w czym jesteś gorszy niż inni!”
Matematyka, i słynne…Krzysztof!…nie wiem, jak to policzyłeś bez wzorów, ale za to rozwiązanie szybkie i bez błędu!
Lekcje informatyki…, gdy tylko mogliśmy, oddawaliśmy się „małyszomanii” podczas sesji z DSJ 2!
To były czasy, kiedy nie mieliśmy smartfonów, a wiadomości przekazywało się szeptem na przerwach czy zagrywało w Snake’a na pierwszych telefonach Nokia 3310. Każdy dzień był małą przygodą… od nieudanych ściąg na klasówce, po pierwsze zauroczenia i śmiech do łez w szatni.
Zagrywanie się w słynną Contrę na automatach u „pana” to już legenda popijając oranżadą za 70 groszy!
Nauczyłem się tam czegoś więcej niż matematyki czy j. polskiego. Nauczyłem się współpracy, bycia odpowiedzialnym za klasę, że nawet drobne akty życzliwości znaczą wiele. Ktoś podał zeszyt, ktoś pocieszył po kiepskiej kartkówce.
Jeśli miałbym wrócić tam choć na chwilę, wszedłbym przez główne wejście, przeszedłbym korytarzami, zajrzał do swojej klasy, poczuł zapach kredy, spojrzał na tablice z zadaniami i pomyślał: „Tak, tu kiedyś byłem…”.
Dziękuję także moim przyjaciołom z tamtych lat…Arek, Adam, Michał, Szymon, Mateusz, Gabrysia, Ewelina, Ania, Aldona… ciężko wymienić wszystkich…przepraszam… lecz brakuje Was strasznie!
Cudowna szkoła, nauczyciele, pracownicy no i pani Wychowawczyni!
Prawdziwe wzruszenie chwyta za serce, pisząc to! Czuję ogromną wdzięczność!
I dlatego z całego serca dziękuję!
Wasz niesforny, uparty, lecz oddany i uśmiechnięty…
Krzysiek... Collapse
Pierwsze moje kroki to przedszkole w suterenach. Czytając dziś bajki moim wnukom, mam przed oczami panią Szczygieł – cudowną przedszkolankę. Słuchając jej, czułam się bohaterką każdego opowiadania. Barwa jej głosu umilała mi leżakowanie.
W roku 1971 rozpoczęłam pierwszą klasę i trafiłam na kolejną wspaniałą wychowawczynię – panią Klekot. A wiadomo, że pierwsze kroki w życiu szkolnym są najważniejsze. To właśnie ona zaraziła mnie empatią do ludzi i do świata. Szkołę Podstawową w 1979 roku żegnałam z moją ulubioną, zawsze uśmiechniętą wychowawczynią – panią Szczotko.
Teraz mamy inne czasy. Kiedyś nie było komputerów ani telefonów komórkowych, a jednak mieliśmy szczęśliwe dzieciństwo w szkolnych murach i „wyszliśmy na ludzi”. Szkoła zmieniała się razem z nami, a dziś jest piękna i nowoczesna. To, co się nie zmieniło na przestrzeni lat, to ambitni, wykształceni, otwarci nauczyciele oraz wykwalifikowany personel.
Dyrektorka szkoły, pani Anna Kubica, to wspaniały człowiek, który dba o szkołę jak o własny dom, a uczniowie są jak jedna wielka rodzina.
Cieszę się, że w dalszym ciągu mam swój wkład w życie tej społeczności. Jestem rodowitą Imielanką, mieszkanką Imielina, i jestem dumna, ż mój wnuk jest już czwartym pokoleniem zdobywającym edukację w SP 1.
Szkoła „na Górce” to Moja Szkoła.... Collapse
Różnie bywało ale najważniejsze ze po latach pozostaly mile wspomnienia. Stresu przed historia z p. Gąsiorczykiem nigdy nie zapomnę jak i śpiewania swojego imienia i nazwiska przy sprawdzaniu obecności z p. Kostorz. Zawsze ciekawe lekcje chemii i geografii jak i niezapomniany wyjazd na rajd szydłowiecki. To były czasy!! Choć los poniósł mnie do innych krai a obecnie na 2gi koniec polski, co parę lat przejeżdżam przez imielin by zobaczyć co sie zmieniło i zawsze wjeżdżam "pod górkę " by choć z zewnątrz popatrzeć i przypomnieć sobie te lata spędzone w szkole na gorce ! Pozdrawiam gorąco!!... Collapse
